| Jest ryzyko, jest zabawa. |
|
|
|
| Wpisany przez Administrator |
|
Pływanie żaglowcem może być ekstremalnym wyzwaniem, o ile ktoś chce pływać poważnie. Pracować na dużej wysokości na rejach, poznać takielunek – kilkaset stalowych i bawełnianych lin. Oczywiście można zabrać się także w charakterze pasażera. Wówczas warunki są prawie idealne. Toalety, szerokie koje. Może nie tak komfortowo, jak na promie, ale bezpiecznie, wygodnie i sucho. Jednak większość tych, którzy poczuli nad sobą 1200 m2 żagli, po wyokrętowaniu mówi: JEST RYZYKO, JEST ZABAWA. I o to chodzi!
Bez przesady, pięknie Rejs rozpoczął się od podróży promem ze Świnoujścia do Kopenhagi. Tam czekał na załogę Fryderyk Chopin – największy pływający bryg na świecie; bryg czyli konstrukcja piratów. Kilka razy zresztą pirackie predyspozycje okrętu zostały w trakcie rejsu sprawdzone. Wysokie na 37 metrów maszty Chopina widać było na nabrzeżu Kopenhagi z daleka; statek stał naprzeciwko nowoczesnej opery miejskiej; przy bulwarze spacerowym wiodącym w kierunku Syrenki i prezentował się pięknie. Z polską banderą na rufie rzec można – dumnie. I nie ma w tym przesady… Chopin, który aktualnie należy do Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji, do Kopenhagi przypłynął z Lizbony, prowadzony cały czas przez stałą, pięcioosobową ekipę oraz wymienną, czarterową załogę. Ostatnim etapem podróży wzdłuż wybrzeża Starego Kontynentu był odcinek: Kopenhaga – Świnoujście, który pokonali żeglarze z Piły oraz kilka osób z innych rejonów Polski.
Dlaczego pływanie żaglowcem jest trudne? Bo wymaga ciężkiej pracy na pokładzie, zwłaszcza przy małej – a taka sytuacja miała miejsce – obsadzie. Aby wykonać jakikolwiek manewr na żaglach, należy wybrać i poluzować kilkadziesiąt lin. Każda z nich jest gruba, ciężka, a bywa, że mokra. Pracuje się w rękawiczkach; alarmy do żagli budzą nawet kilka razy w nocy. Śpiącą załogę, z ciepła podgrzewanych o tej porze roku kabin, wyrywa ostry dzwonek brzęczyka i komunikat kapitana z radiowęzła. Po góra dwóch minutach ludzie ubrani: w zawiązanych butach i szelkach asekuracyjnych na plecach, meldują się na zimnym pokładzie. Mimo że wieje przeszywający wiatr; a noc przez pierwsze kilkadziesiąt sekund nie pozwala zobaczyć czubka nosa, należy szybko ruszyć do zadań. Z letargu wybudza głos bosmana, rzeczowy i nie dopuszczający sprzeciwu: "brasujemy reje foka do czarnych marek"- na przykład. Komendy są zazwyczaj trudne do ogarnięcia, zwłaszcza w pierwszych dniach rejsu. Olinowanie i ożaglowanie to przez pierwsze trzy doby czarna magia. Hasło: "cztery osoby na górną grotmarsreję" albo "gejtawy i gordingi fokbombramsla luzować" czy też "przygotować się do stawiania grottrumsztaksla" brzmi na początku bardziej jak żart, niż jak komenda. Jednak czas na odnalezienie konkretnego nagla (pałka na którą nałożona jest linka potrzebna do pracy) jest krótki. Kiedy już wiadomo, co należy zrobić, trzeba wykazać się siłą. Bywa, że linę ciągną trzy osoby, a kolejne dwie wybierają ją i okładają na naglu. Taką czynność należy powtórzyć w kilkunastu miejscach niemal równocześnie.
Jednak siła fizyczna to mało. Aby pływać na żaglach, należy wejść na reje. Inaczej nie postawi się, ani nie zroluje setek metrów płótna. Praca na rejach to największe – zwłaszcza dla świeżej załogi – wyzwanie. Pół biedy wejście po wantach - zwężającej się w górę drabince, po której „sztuka latania” każe wspinać się bez zabezpieczeń. Problem zaczyna się na końcu każdego „piętra”, czyli przy przejściu z wanty na taras masztu albo na pertę. "Perta" to luźna linka zaczepiona pod metalową belką rei. By na nią wejść, należy wykonać daleki wykrok; bywa że niemal szpagat, na wysokości kilkunastu metrów. Stojąc na percie, ciężar ciała trzeba przerzucić przez reję i w tej pozycji zbierać żagiel, zwisając prawie głową w dół. Po rejach bowiem nie chodzi się dla przyjemności, ale po to, by wykonać konkretną pracę. Dodać warto, że żagiel zwija się od masztu aż do noku rei – czyli do jej końca. Przejdzie kilku metrów po ruchomej lince, na dużej wysokości, przy silnie wiejącym wietrze i kołysaniu masztu kilka metrów w prawo i w lewo, to wyczyn. Na taką brawurę stać było zaledwie kilka osób z czarterowej grupy. Załoga stała „biega” oczywiście po rejach szybciej niż po lądzie – przynajmniej takie robi wrażenie...
Żaglowiec przyciąga tłumy. Kiedy cumuje przy nabrzeżu (rzadko kiedy, z powodu dużego zanurzenia, udaje się wejść do portu jachtowego), już stoją na nim wycieczki z aparatami i kamerami, gotowe, by fotografować się na tle burty. Zmęczonej załodze średnio uśmiecha się zazwyczaj sesja fotograficzna, ale poezja rejowca działa, jak magnez. Podczas cumowania w Sasnitz, na niemieckiej Rugii na przykład, na bulwarze zatrzymało się kilkadziesiąt osób, które robiły zdjęcia, zanim podano cumy na ląd. W tej sytuacji nie sposób nie pełnić wacht przy trapie. Jeśli pilnujący mają dobry humor, pozwalają wycieczkom wchodzić na pokład (nigdy pod) i oprowadzają między linami. Na sesję zdjęciową turyści najchętniej wybierają dziób.
W stałej załodze Chopina pływa pięć osób. Kapitan, bosman, dwóch mechaników oraz kuk czyli kucharz. Każdy działa na pełnych obrotach. Kuk Marek na przykład co drugi dzień piecze świeży chleb, a zrobienie szarlotki, by dogodzić załodze, nie stanowi dla niego problemu. W przepastnych chłodniach trzyma zapasy warzyw, mięsa i ryb, których często nie musi uzupełniać. Ostatniego dnia rejsu załoga je na przykład barszcz ukraiński, z portugalskich buraków. Na stole pojawiają się też świeże ryby, bowiem pasją (sposobem na nudę?) zawodowej załogi jest wędkowanie, kiedy tylko udaje się postawić okręt w dryf. Dwóch mechaników utrzymuje w stałej gotowości do pracy agregat, który razem z resztą maszyn zajmuje pół dolnego pokładu. Ale dzięki temu wewnątrz kabin i w mesie jest ciepło; na jachcie działają pralki, piece na prąd, video, a statek może być cały czas oświetlony. Bo pod pokładem pracuje mała elektrownia. Przede wszystkim jednak mechanicy zabezpieczają w „gotowości bojowej” silnik, ster strumieniowy; elektrykę jachtu i rozbudowane przyrządy nawigacyjne. Bosman, którym od marca jest Dominik Pietrowski z Piły, ma najbardziej niewdzięczną pracę. Choć żartuje, że do postawienia 1000 m2 żagli potrzebuje zaledwie jednego palca, to on odpowiada za to, by załoga potrafiła wykonać każdą komendę; wiedziała co ciągnąć, a co i w jakiej kolejności luzować. Uczy także każdą świeżą ekipę chodzić po rejach i ewakuować się z pokładu na ponton. No i w końcu to jego dźwięk brzęczyka w pierwszej kolejności stawia na nogi i gna na zimny pokład. Kapitan – Tomasz Ostrowski z Gdyni – manewruje 55-metrowym metrowym brygiem, jak małą łódką. Z precyzją i duża pewnością siebie. Ani razu podczas rejsu nie słychać jego podniesionego głosu, mimo to manewry wychodzą idealnie. Na szczęście zdaje się, iż na żaglowcach minęła epoka musztry wojskowej i załogę udaje się dyscyplinować profesjonalizmem, a nie krzykiem. W funkcji oficerów wachtowych podczas pilskiego etapu rejsu pływali: Andrzej Mesojed (pierwszy), Zbigniew Romanowski (drugi) i Antoni Hanak (trzeci) – wszyscy z klubu Mewa. Wiatr od rufy Podczas wyprawy udaje się zwiedzić kilka urokliwych miejsc: wapienny klif na wspomnianej już Rugii; Christianso czyli kamienny archipelag wysp koło Bornholmu, na którym natknąć można się na resztki duńskiego więzienia dla kobiet. Atrakcją rejsu jest także wystrzał armatni (jak na piracki okręt przystało) w kierunku Daru Młodzieży, kotwiczącego pod Kołobrzegiem oraz spotkanie z drugim co do wielkości na świcie żaglowcem - Kruzenszternem. Wrażenie robi też oddanie honorów banderą statkowi królowej duńskiej oraz łódź podwodna, która przez dobrą milę, w okolicach cieśnin, towarzyszy Chopinowi. Jednak największą frajdą jest pływanie: wiatr od rufy, który majestatycznie wypełnia żagle.
Życie na pokładzie ma swój rytm. Przy trzyzmianowym układzie wacht, do „pracy” trzeba wyjść co 8 godzin na 4 godziny. Cztery godziny spędzone na powietrzu, powiedzmy między godz. 00.00 a 04.00 lub między godz. 04.00 a 08.00, dają mocno w kość. Ciało przeszywa majowy chłód, na morzu połączony z mrożącym jeszcze o tej porze roku wiatrem. W ciągu ośmiu godzin wolnego (przerwanego zazwyczaj kilka razy alarmem) trzeba zdążyć się wyspać, umyć, przebrać, najeść. Jeśli do monotonnego układu wacht dołączy się dłuższa fala i silniejszy wiatr, pobyt na okręcie zaczyna przypominać pływanie latającym Holendrem. Załoga leży w kojach, pozamykana w kabinach. W mesie, na korytarzach i w sali telewizyjnej pusto. Tylko monotonne mruczenie agregatu przypomina o życiu. W trudnych warunkach – a przez dwa dni pilanie mieli okazję doświadczać także takiej przygody – wrażenie robią najprostsze gesty. Szklanka soku podana do koi i słuchawki, które ktoś pożyczy, by umilić odpoczynek. Sytuacja, w której każdemu trudno się poruszać, weryfikuje charaktery. Jasno widać, na kim można polegać. Urlopowym marzeniem staje się noc spędzona w ciepłej koi, bez konieczności wychodzenia na pokład. Po takiej nocy, człowiek wstaje o 6 rano wypoczęty; zadowolony prostym szczęściem, które pozwoliło pokonać zmęczenie i zapomnieć o problemach zostawionych na lądzie. I o to, w tym sposobie na urlop, chodzi… GABRIELA CIŻMOWSKA artykuł i zdjęcie pochodzi z serwisu www.fryderykchopin.net Fryderyk Chopin to największy na świecie eksploatowany aktualnie bryg. budowniczy: Stocznia Dora, Gdańsk |




